Maltańskie pyszności i impreza na całego

MARSAXLOKK

Nasz pierwszy spacer po maltańskiej ziemi doprowadził nas do portowej wioski Marsaxlokk znanej przede wszystkim z dużej ilości tradycyjnych maltańskich łódek rybackich- kolorowych luzzu. Ta licząca około 3500 mieszkańców wioska rybacka słynie również z pysznych, świeżych ryb podawanych w okolicznych knajpkach, czego oczywiście nie omieszkaliśmy sprawdzić.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu wielu blogów podróżniczych i przewodników liczyłam, że w Marsaxlokk spotkam dosłownie zatrzęsienie charakterystycznych kolorowych luzzu. Niestety, zawiodłam się. Łódek w porcie było bardzo niewiele, a ich kolory pozostawiały wiele do życzenia- były po prostu wyblakłe. Być może mieliśmy pecha i przybyliśmy do wioski przed malowaniem łódek (to podobno jedno z ulubionych hobby Maltańczyków) ;). Na szczęście ten pierwszy zawód zrekompensował wyśmienity obiad za rozsądne pieniądze.

luzzu w Marsaxlokk

luzzu w Marsaxlokk

Rybka w Marsaxlokk

Na nasz pierwszy posiłek oboje wybraliśmy doradę (lampuka) z dodatkiem pieczonych ziemniaczków i duuużej ilości warzyw. Cała uczta (przy tej ilości jedzenia na jedną osobę nie sposób użyć innego słowa) kosztowała nas 22 euro- po 11 euro na osobę. Uwierzcie: NAPRAWDĘ WARTO wydać te 40 zł z kawałkiem. Rybka była świeżutka, lekko grillowana, bez zbędnego tłuszczu, a dodatek dużej ilości warzyw sprawił, że posiłek ten był jednocześnie bardzo syty i zadziwiająco lekki: idealny do dalszej podróży (wszak od naszego hotelu dzielił nas dystans 15km co, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary Malty, jest odległością sporą ;) ).

lampuka z dodatkami

lampuka z dodatkami

motoryzacyjne cudeńko w Marsaxlokk

motoryzacyjne cudeńko w Marsaxlokk

Koty i angielska uprzejmość

Będąc w Marsaxlokk planowaliśmy odwiedzić jaskinię Ghar Dalam, w której odnaleziono kości zwierząt żyjących jeszcze przed epoką lodowcową. Niestety ze względu na dość wczesną godzinę zamknięcia w sezonie zimowym (9:00-17:00) nie udało nam się to (przynajmniej mamy dobry powód, aby wrócić na Maltę!). Tym bardziej, że droga proponowana przez ukochaną przeze mnie aplikację maps.me okazała się ślepą uliczką przez co straciliśmy sporo czasu (choć uwierzcie, próbowaliśmy, moja kolana świadkiem i dowodem, przedostać się przez wysokie trawy i chaszcze, bo „skoro aplikacja tak prowadzi….”- ach ten XXI wiek :D). Ostatecznie jednak musieliśmy poddać się, zawrócić na właściwą, utwardzaną drogę i zrezygnować ze zwiedzania Ghar Dalam z powodu później już godziny.

Skierowaliśmy się więc w stronę przystanku autobusowego (i tutaj nie zawiodła aplikacja maps.me, choć nerwów było sporo, bo bateria na 3 procentach, a przystanek dość daleko wśród krętych uliczek Marsaxlokk). Po drodze napotykaliśmy mnóstwo kocich gangów maltańskich kotów- niestety nie zrobiliśmy im ani jednego zdjęcia- to pewnie przez groźne miny kocurów-przywódców ;)

ciekawe niebieskie drzwi po drodze

ciekawe niebieskie drzwi po drodze

W końcu udało się nam dotrzeć na przystanek autobusowy gdzie, ku ogromnej radości, odkryliśmy, że nasz transport odjeżdża już za kilka minut. Po króciutkim oczekiwaniu (tyle się naczytałam o spóźnialskich maltańskich autobusach, które jeżdżą jak chcą, ale muszę przyznać, że nie spotkałam się z niczym podobnym- jedyne, o czym trzeba pamiętać to zasada, że autobusy zatrzymują się tylko na żądanie- a więc należy machnąć ręką, aby poinformować kierowcę, że chce się z nim zabrać ;)), zmęczeni i uśmiechnięci wsiedliśmy do autobusu i zagadaliśmy kierowcę chcąc kupić bilety. I tu wydarzyła się niespodzianka: otóż kierowca nie tyle nie chciał, co nie mógł wydać reszty z naszych 50 euro. Okazuje się, że nie mogą przy sobie wozić większej gotówki. Co prawda pan był na tyle miły i pomocny, że przeszukiwał kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy, których nie powinien mieć, ale niestety nie miał wystarczającej sumy. Zaproponował, żebyśmy popytali pozostałych pasażerów czy nie mają rozmienić, zamknął drzwi (nie czekając na zapłatę) i odjechaliśmy :D

Zaczęliśmy więc poszukiwania. Sprawę udało się załatwić z pewną starszą, angielską parą, po której widać było na pierwszy rzut oka, że mają za sobą kilkadziesiąt lat udanego małżeństwa (tylko pozazdrościć!). Rozmowa mojego A. ze starszą panią była wspaniała. Na pytanie czy mają rozmienić 50 euro pani odparła: „50 euros?!? God! So much many!” i zwracając się do swojego męża: „Do you remeber when we’ve got so much?!”- a powiedziała to wszystko z takim uśmiechem i w tak miły sposób, iż ten epizod stał się jednym z najprzyjemniej przeze mnie wspominanych wydarzeń podczas wycieczki na Maltę ;)

VALLETTA, SLIEMA I PACEVILLE

Prom w Vallettcie

Po około godzinie jazdy (głównie przeze mnie przespanej) dotarliśmy do Valletty, czyli stolicy Malty, skąd musieliśmy dostać się do Paceville za pośrednictwem autobusu lub promu. Wybraliśmy oczywiście opcję numer 2, którą szczerze polecam. Prom odpływa z Valletty i po około 15 minutach dociera do leżącej na przeciwległym końcu portu Sliemy. Podróż jest wietrzna, ale piękna, a do tego szybka i niedroga: bilet w jedną stronę kosztuję 1,50 euro, a w dwie 2,80 euro. Tutaj adres strony: 
http://www.vallettaferryservices.com/

prom wypływający z Valletty (na wprost Fort Manoel, dalej Sliema)

prom wypływający z Valletty (na wprost Fort Manoel, dalej Sliema)

widok z promu

widok z promu

Sliema – Paceville

Po szybciutkiej przeprawie promem wylądowaliśmy w Sliemie znanej przede wszystkim z centrów handlowych, restauracji i klubów, skąd do naszego hotelu mieliśmy 3 km, czyli kolejne 40 minut spaceru (bo przecież wcześniejsze 1,5 godziny to jeszcze za mało). Muszę przyznać, że na tym etapie byłam już mocno zmęczona. Co więcej, zaczynało się robić ciemno, a z powodu nieprzerwanie wiejącego od morza wiatru również zimno. Ruszyliśmy nabrzeżem podziwiając ginący w mroku bezkres Morza Śródziemnego i po kilkudziesięciu minutach spokojnego spaceru dotarliśmy na miejsce. A przynajmniej w okolice miejsca, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. I tu zaczęły się problemy: kompletnie nie umieliśmy się odnaleźć :D Niby, według google maps, byliśmy przed naszym hotelem, którego jednak nie potrafiliśmy nigdzie zlokalizować! Kilkanaście minut i kilka krętych (często ślepych) uliczek dalej udało się: hotel, w którym mieliśmy odebrać klucze był wprost przed nami! Myśl o ciepłym łóżeczku i możliwości wzięcia prysznica (ale przede wszystkim zbliżająca się wizja ściągnięcia niewygodnych po całym dniu wędrówki butów) tak bardzo mnie otuliła, że aż poczułam się szczęśliwa. Oczywiście do czasu. Okazało się bowiem, że nasza rezerwacja zaginęła, nikt nie słyszał o nazwisku mojego A., na które zabukowaliśmy nocleg, a do tego recepcjonista był po prostu niekompetentny. Na szczęście problem udało się rozwiązać (umieszczono nas w innych, ale wydaje nam się, że lepszych apartamentach :) ), jednakże dodatkowe 20 minut oczekiwania wyprowadziły mnie ze stanu szczęścia.

widok z naszej sypialni

widok z naszej sypialni

Paceville, czyli impreza na całego!

Po całym dniu przygód nareszcie! Upragniony pokój, łóżeczko, ciepły prysznic- wszystko to było w zasięgu moich rąk, więc oczywiście, po zrzuceniu plecaków, postanowiliśmy wyjść na miasto… Dzielnica, w której mieszkaliśmy- Paceville, uchodzi za najbardziej imprezowy obszar w całej Malcie. Ludzie z każdego zakątka wyspy ściągają tu, aby przeżyć niezapomnianą (choć ta kwestia zależy akurat od ilości spożytego alkoholu ;)) zabawę. I muszę przyznać, że impreza była i to konkretna. Całą noc. Aż do świtu z mnóstwa barów i klubów zlokalizowanych w Paceville wylewała się pełna basów, głośna muzyka. Sądząc po ilości lokali każdy znajdzie tu coś dla siebie: czy to miłośnik muzyki po prostu tanecznej czy też fan techno lub fascynat latynoskich rytmów. My jednak nie mieliśmy ochoty na taneczną zabawę (ani generalnie na alkohol) więc postanowiliśmy zjeść późną kolację. Wybraliśmy, jak na prawdziwego turystę głodnego niestandardowych, lokalnych smaków przystało, mieszczący się w samym centrum Paceville Burger King… :D Zabraliśmy jedzenie na wynos i udaliśmy się na pobliską plażę, gdzie przy cichej, refleksyjnej muzyce płynącej z jednej z pobliskich restauracji oddaliśmy się rozmowie i podziwialiśmy rozciągającą się przed nami morską pustkę rozkoszując się przysmakami z tradycyjnego maltańskiego Burger Kinga ;)

Rafnego dnia! :D

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>